Kwartalnik Kongregacji Genealogicznej

Szmugiel, przemyt, kontrabanda


Do 1922 r. granica z Niemcami przebiegała tuż za Starczą, Rudnikiem Małym, Gniazdowem i Cynkowem. Tu wiodły przemytnicze szlaki. Wiele rodzin z pogranicznych wsi utrzymywało się z przenoszenia przez zieloną granicę wódki czy papierosów. Wódkę szmuglowano w świńskich pęcherzach lub bańkach-blaszanych. Cała sztuka polegała na tym, by nie dać się złapać rosyjskim i pruskim strażnikom. Częstochowska prasa z przełomu XIX i XX w. wciąż przynosiła informacje o "odnalezionej kontrabandzie". Zawsze podawano w rublach jej szacunkowa wartość. Czasami podawano nazwiska uprawiających ten proceder. Przemytnicy trafiali do aresztu. Zdarzały się tragedie. Strażnicy śmiertelnie ranili przenoszących towar. Niejednokrotnie w wyprawach uczestniczyły kobiety. W czasie jednej z szmuglerskich wypraw zginęła p. Gorgólowa. Pochowano ją w Koziegłowach. Później ekshumowano i przewieziono prochy na cmentarz w Kamienicy Polskiej.

Terenem szczególnie penetrowanym przez straż i żandarmów był rejon Romanowa. Punkty przerzutu ze Śląska były tu dobrze zorganizowane. W czasach powstań lasami położonymi po obu stronach granicy przewożono broń. Znajomość języka niemieckiego wśród kolonistów zapewne ułatwiała kontakty handlowe z rejonem Lublińca, Tarnowskich Gór, Kalet, Miasteczka Śląskiego, Bytomia, choć nie była warunkiem koniecznym. Wszak Ślązacy po drugiej stronie kordonu znakomicie znali język polski. Najbardziej polskie było miasteczko Woźniki, śląski odpowiednik Koziegłów. Były także i rodzinne powiązania pomiędzy obiema prowincjami, np. Sitków i Filipczyków z Romanowa z Galbasami z Żyglina. Wielu rzemieślników z Górnego Śląska (głównie murarze, piekarze, cieśle i stelmachowie) penetrowało Kamienicę Polską w poszukiwaniu chleba. Potem pojawili się też górnicy. Wymienialiśmy konkretne nazwiska omawiając poszczególne "Księgi ludności" a więc księgi meldunkowe gminy. Ze Śląska, tuż zza miedzy, przyszli Błaszczykowie, Sołtysikowie, Zemłowie (na Śląsku nazwisko to występowało w postaci Żemła, gwarowo Żymła, co oznacza bułkę), Łebkowie i Fazanowie.

Decyzją Rady Ambasadorów część Górnego Śląska przypadła Polsce. W 1922 r. wojsko polskie oficjalnie przejęło kontrolę nad Katowicami, Tarnowskimi Górami, Lublińcem. Bytom, Dobrodzień, Ozimek pozostały po stronie niemieckiej . Wiele pisano na temat politycznych skutków regulacji wersalskich. Do dziś nie napisano historii pogranicza. Skomplikowanych relacji między ludźmi żyjącymi przez wieki "okrakiem" na wyznaczonej administracyjnie linii. Na dodatek zmieniającej się, jak w 1922 r. A potem przyszło nazistowskie szaleństwo, które w konsekwencji doprowadziło do pojawienia się radzieckich sołdatów. Jakby mało było polskiej ziemi nieszczęść, W 1939 r. znów zmieniły się granice. Rzesza wchłonęła Kamienicę Polską, Poraj, Blachownię. W Generalnej Guberni znalazła się Częstochowa. Trzeba było mieć specjalne przepustki na przekraczanie granicy we Wrzosowej. W grudniu 1939 r. pierwszymi ofiarami działania niemieckich sądów wojskowych byli mieszkańcy Kamienicy Polskiej i Rudnika. Opublikujemy list pisany do rodziców przez braci Strąków z więzienia na Za-wodziu - w przeddzień egzekucji w lasach jaskrowskich.

Ostatnia wojna odcisnęła bolesne piętno. Odchodzi pokolenie, które doświadczyło jej skutków. W pamięci starczych mieszkańców wydarzenia z lat 1939-1945 wciąż są żywe. W transportach do Dachau i Oświęcimia znajdowali się także mieszkańcy z Kamienicy Polskiej i najbliższych okolic. "Wielka Gra" Sprzymierzonych sprawiła, że Polska dostała się po 1945 r. w strefę radzieckich wpływów. Niektórzy mówią o okupacji. O wojennych latach nie można było mówić pełnym głosem. Nie tylko o sprawie Katynia. Najgorzej wyszli na sojuszu Londynu z Moskwą uczestnicy niepodległościowego podziemia.

Sympatie polityczne decydowały o życiu i śmierci. W 1944 r. doszło do wielu bratobójczych zbrodni inspirowanych przez agenturę NKWD. Prawdziwe piekło rozpętało się wówczas, gdy przeszedł front. Role zostały rozpisane. Glejt otrzymały formacje podporządkowane Moskwie. Zmasowany atak ideologiczny "Polski lubelskiej" zrobił swoje. Pozbawione elit społeczeństwo polskie nie mogło skutecznie przeciwstawić się nowemu aparatowi władzy.

Wyniki referendum zostały sfałszowane. Skonfliktowane wewnętrznie jeszcze w czasie wojny formacje niepodległościowe zostały spacyfikowane przez UB - przy milczącym przyzwoleniu Londynu. Przynależność do AK dla nowej władzy okazała się naganna, jednak sympatyzowanie z NSZ oznaczało niemal wyrok śmierci. Co bolesne, wyroki te (od 1944 r.) agentura radziecka potrafiła wykonywać nie tylko rękami PPR-owców, co zrozumiałe i logiczne, ale także Armii Krajowej, co bolesne. Nie wszyscy są skłonni w to wierzyć. W bohaterskiej legendzie nie ma miejsca na mniej chwalebne karty. A jednak takie przypadki się zdarzały. Terenem najzacieklejszych polowań politycznych stała się w 1944 r. Częstochowa, która przez pewien czas, po upadku powstania w Warszawie, pełniła rolę politycznego centrum. W lasach między Zawierciem, Radomskiem i Włoszczową znajdowały się oddziały partyzanckie najrozmaitszych odcieni. W zależności od bieżącej sytuacji to współpracowały ze sobą (przeciwko Niemcom), to zaciekle się zwalczały. Obok motywacji ideowo-politycznych istniały także te ekonomiczne. Egzystencjalne. Trzeba było się wyżywić i zdobyć broń. Walka ekonomiczna nie zawsze miała "patriotyczne" oblicze. Stała za nią ludzka krzywda. Nie wszyscy posiadali morale przedwojennych oficerów i podoficerów. Karność i zdyscyplinowanie nie zawsze były domeną leśnych. W oddziałach partyzanckich tolerowano z konieczności ludzi o nikczemnych charakterach. Takie bowiem jest prawo wojny. Obok patriotyzmu "na użytek szkolnych akademii" i zakłamanych publikacji istniało mniej chwalebne oblicze konspiracji. Rekwizycje, gwałty, pospolite zbrodnie. W zubożałych, wyniszczonych wojną wsiach chęć posiadania butów, koszuli uszytej ze zrzutowego spadochronu, worki mąki, kaszy czy też lekarstw stawała się istotnym motorem działania. Gdy w grę wchodziło wyżywienie całych oddziałów, stosowano radykalne środki.

W sztuce "Do piachu" Tadeusza Różewicza (która ma coś z greckiej tragedii, bo śmierć Walusia jest nieunikniona, jak wyrok z woli bogów - istne fatum), mówi się o kradzieży na plebanii. To w jakimś sensie odzwierciedlenie okupacyjnej rzeczywistości. Ukraść można było tylko tym, którzy jeszcze coś mieli. Stąd ciągłe nachodzenie majątków ziemskich. Wspomina o tym fakcie Mana Eliza Ste-inhagen we wspomnieniach dotyczących majątku Cielętniki. Do dworów przycho- dzili jak po swoje Niemcy, AK-owcy, NSZ-owcy, PPR-owcy, BCh-owcy, PPS-owcy. I zwykli bandyci. Najłatwiej było wytłumaczyć (i usprawiedliwić) zbrodnię twierdząc, że wykonano wyrok na członku bandy. Czasem używano formuły: po wnikliwym śledztwie rozstrzelano. Czy w warunkach leśnych, w obliczu stałego zagrożenia ze strony okupanta i ciągłych translokacj i można mówić o "wnikliwym śledztwie? Decyzje podejmował zazwyczaj dowódca tłumacząc się wyższą koniecznością. Tą koniecznością było dobro oddziału. Dobrem była także odniesiona korzyść materialna.
Trudno się dziwić, że w rejonie Częstochowy, Gidel, Włoszczowy, Malu-szyna, Lelowa, Złotego Potoku rozgorzała prawdziwa walka o złoto cichociemnych. 1 o pieniądze z brawurowego skoku NSZ na Bank Emisyjny w Częstochowie. Przypomnijmy, że człowiek, któremu przekazano tę ogromną sumę z banku w II Alei, na potrzeby organizacji, został zastrzelony. Podobnie jak wielu sympatyzujących z NSZ ziemian. Wywiady przeprowadzone przez Pawła Najnigiera dowiodły, że ostoją NSZ było Sekursko. Właściciele majątku zginęli w nie wyjaśnionych okolicznościach. Tylko przypadek może sprawić, że odnalezione zostanie miejsce ich pochówku. Identyfikacja na podstawie DNA jest możliwa, bo żyją potomkowie Biedrzyckich i Biczyńskich.

Wyobraźmy sobie sytuację, że koledzy z jednej wsi, ba koledzy ze szkolnej ławki, razem przystępujący do Pierwszej Komunii, razem bawiący się na podwórku i rywalizujący o te same dziewczyny, trafiają do różnych oddziałów partyzanckich. Wiąże ich przysięga. Nie przewidzieli jednak, że ponad ich głowami rozgrywa się polityczny spektakl, który prowadzi do katastrofy. Jeden z kolegów ma wykonać na drugim wyrok. Tyko dlatego, że jest z innego oddziału. Znów przychodzi na myśl grecka tragedia. Z wpisanym w nią Fatum.
Nie wiadomo, co stało się z ostatnim dowódcą włoszczowskiej podchorążówki NSZ o pseudonimie "Czech". Zapewne był przeciwny scaleniu AK z NSZ (w sierpniu 1944 r.) na warunkach Bora-Komorowskiego. Zapewne także znalazł się na liście NKWD.

Ps. Wciąż czekamy na list do redakcji od kogoś, kto wyjaśni zagadkę "Czecha".